The Moose Do America (South!)

Nasze tułaczki po Ameryce od jej południowej strony / Our American dream... well our southern American dream ;)

Moje zdjęcie
Nazwa:
Lokalizacja: Anywhere in South America

sobota, maja 13, 2006

Jeep-jeep hurra!









































































































Losia wycieczka konna udala sie pod wzgledem widokow, ale nie obylo sie bez ofiar. Juz na wstepie zgubil ladniusia czapke z Argentyny (a nasze dotychczasowe doswiadczenie pokazuje, ze ani w Boliwii ani w Peru porzadnych czapek nie umieja robic, ale mam nadzieje ze sie mylimy), a na zakonczenie oberwal kopniaka od konia sasiada. Jako sie rzeklo, nazajutrz zapakowalismy sie do jeepa w szostke plus kierowca i kucharka. Bardzo szczesliwie trafilismy, pewnie dlatego, ze nie poszlismy do Tupiza Tours, bardzo dobrej skadinad agencji polecanej w przewodniku, ale wlasnie dlatego obleganej przez obcokrajowcow, ktorzy po hiszpansku ani be, ani me (praktycznie same grupy z Izraela albo z Anglii). U nas sklad byl bardzo mieszany: oprocz nas Francuz, Izraelczyk, Amerykanin i Szwajcarka i wszyscy znali hiszpanski, (a Amerykanin, jako pierwszy spotkany obcokrajowiec, mowil po hiszpanksu lepiej niz los - przekazuje losia slowa)wiec caly czas sie nim w rozmowach poslugiwalismy. Kierowca byl bardzo sympatyczny, ciagle nam cos opowiadal, ogolnie lebski i kulturalny czlowiek, a na tej trasie nie jest to norma – wspominalam juz chyba, jak sie znajomi w Uyuni nadziali na mrukliwego chamusia.
Kucharka jak to kucharka – taka troche wioskowa babulina, ale gotowala niezle. Spodziewalismy sie jakichs paskudztw smazonych na glebokim tluszczu (czyli tego, co widzielismy u ulicznych przekupek), ale w koncu to wycieczka dolarowa, wiec sie dowiedzieli, jak dogodzic turystom i do obiadu bylo sporo surowek, pyszne tamale, salatki, zupki jak w domu i takie tam. Ogolnie jedzenie zaskakujaco europejskie, ale to nie jest to, co serwuja u siebie w domach. Poniewaz wycieczka byla z gatunku przygodowych, wiec nawet nie pytalismy o takie burzujskie luksusy jak ogrzewanie i ciepla woda badz kibel na trasie (dostepne krzaczki albo skalki). Przynajmniej za dnia pogoda wspolpracowala, bo bylo non-stop bezchmurne niebo i calkiem cieplo, ale w nocy temperatura radykalnie spadala i grzalismy sie swoimi chuchami. Widoki nas zaskoczyly, co godzina, dwie zupelnie sie zmienialy. Pelno kolorowych gorek, jeziorek z przegladajacymi sie w nich osniezonymi gorami, jezior o roznych kolorach (od seledynowego poprzez klasyczny blekit az po krwista czerwien), pelno roznych zwierzakow, pustynie i dziwaczne skalne formacje, no i oczywisicie na zakonczenie gwozdz programu – salar. Juz pierwszego dnia na wieczor zajechalismy do schroniska na wysokosci 4200m. Kolega z Izraela, maniak futbolu, chcial koniecznie pokopac sobie z tubylcami. Dla nich to normalka, ale on po dziesieciu minutach malo nam nie zszedl. Nie polecamy! Nam tez sie ciezko oddychalo, nawet bez zadnego wysilku.
Dwie osoby z naszej grupy zrobily na nas szczegolne wrazenie: Francuz, Gilles, od ponad dwoch lat rowerem jezdzi po swiecie, odstawia go tylko, jak absolutnie musi (tej wycieczki zadna miara by nie zrobil rowerem – 1000 km, w wiekszosci przez pustynie) oraz Szwajcarka, Susanne – widzaca tylko w 5%, nie wiem jak to sie fachowo okresla. Niedlugo bedzie rok jak podrozuje sama po Ameryce Poludniowej – mowi ze niczego sie nie boi. Po gorach pomyka szybciej niz przewodnik (na swoje urodziny wspiela sie na wulkan w Ekwadorze), przy kazdej okazji jezdzi na snowboardzie i konno. Widzi tylko kontury i kolory, kiedy jest duzo swiatla, a na co dzien wspomaga sie laska, ale mowi ze w podrozach nie widoki sa najwazniejsze. Zaimponowala nam babka!
Program wycieczki byl dosc napiety, wstawalismy przed switem i pedzilismy kilka godzin przed siebie, zatrzymujac sie we wskazanych miejscach. Kierowcy niezbyt chetnie zatrzymuja sie poza ustalonymi punktami, bo czas goni, ale i tak bylo lepiej niz w Talampaya. Trasa jest tak widokowa, ze mozna by co chwila stawac na zdjecia, ale poza czasem ograniczaly nas baterie, ktorych nigdzie nie mozna bylo doladowac. Ostatniego wieczora dotarlismy na nocleg pod salar, wiec po zachodzie slonca zrobilismy sobie ksiezycowa sesje zdjeciowa, a rano zdazylismy na wschod slonca na salarze. Salar to wielka biala pustynia solna (12.000km2), pozostalosc po prehistorycznym morzu. Do pewnego momentu (a latem na calym salarze) powierzchnia pokryta jest warstwa wody, w ktorej pieknie odbijaja sie otaczajace pagorki. Obicie jest idealnie symetryczne i niezmacone, ale nie bede przesadzac (tak jak inni blogerzy :-) ), ze nie wiadomo, gdzie gora, gdzie dol. Dalej w glab, gdzie konczy sie woda, zaczyna sie bezkresna biala plaszczyzna, ktora bardzo przypomina ubity snieg. Oczy bola od patrzenia na ta biel. Najwieksza atrakcja to zarosnieta kaktusami wyspa. Wprawdzie nie jest to Isla de Pescado, tak jak obiecywano, ale z tego co ogladalismy na pocztowkach, widoki byly u nas tak samo porywajace. Kaktusy na Syberii… Jest tez dwunastometrowy kaktus (dziadzius ma 1200 lat) i setki niewiele nizszych. Okazuje sie ze wszystkie wycieczki jada na wyspe Incahuasi (Dom Inkow), bo jest tu infrastruktura – wytyczona sciezka, kible itd. a ta druga jest calkiem dzika. Tak czy siak, mimo ze na wyspe wysypala sie zawartosc kilkunastu jeepow, nikt nam w kadr nie wchodzil, a wyspa byla super. Po wyspie zatrzymalismy sie posrodku salaru – gdzie okiem siegnac nic, tylko biel, gdzies tam na horyzoncie majacza jakies pagorki. W takiej pustce nie ma perspektywy i nasz kierowca, Santos, pokazal nam jaki mozna z tego zrobic uzytek, co i rusz podsuwajac nam pomysly na trikowe zdjecia. My bysmy na to nie wpadli, ale on jest stary wyjadacz i niejedno podpatrzyl od turystow. Odwiedzilismy tez hotel z soli (lozka, siedzenia, stoly, sciany, podlogi, wszystko slone, o czym zaswiadcza jezyk Losia). Na koniec weszlismy tez do sklepu z pamiatkami i pochopnie dalismy sie wciagnac do nastepnej izby, z solnymi, niezbyt ciekawymi rzezbami, za co pani nas skasowala po dwa zlote, ze niby odwiedzilismy muzeum. No coz, takie tu zwyczaje. Wreszcie zajechalismy do Uyuni, ktore wcale nie wyglada na wieksze od Tupizy, chociaz jest wezlem transportowym. Jedyna tu interesujaca rzecz to cmentarzysko lokomotyw – wysluzone ciuchcie rdzewieja tu na odludziu w dosc malowniczy sposob. Wyglada to jak jakas eksperymentalna instalacja wspolczesnego artysty, a najsmieszniejsze jak przewodnik calkiem powaznie tlumaczy, ze odkad Uyuni przestalo byc waznym osrodkiem kolejowym i kolejowo-remontowym (bo kolej w ogole zeszla w Boliwii na dalszy plan – kiedys na potege wozila surowce), nie bylo gdzie tych lokomotyw postawic, wiec wyladowaly w szczerym polu. Teraz oczywiscie sa atrakcja turystyczna i nikt ich stamtad nie ruszy. Mimo przyjacielskiej atmosfery podczas calej podrozy, zakonczylo sie drobnym zgrzytem, bo dwaj koledzy uradzili, ze przewodnikowi i kucharce nalezy sie propina (napiwek) bo na pewno malo zarabiaja, a z obslugi sa zadowoleni. Skoro tak, to wszyscy musimy sie zrzucic po 15 boliwianow. Nie mowie ze to duzo, ale nasz kierowca to prawie wspolwlasciciel malej rodzinnej firemki, wiec na pewno dostaje zacna czesc niemalej oplaty za wycieczke. Samej kucharce cos wciskac na jego oczach niezrecznie. Tak czy siak nie uwazam ze nalezy sie szczegolnie troskac o ludzi ktorzy obsluguja turystow. Jak na boliwijskie standardy to spijaja niezla smietanke, a praca jest bardzo przyjemna, w porownaniu z takimi gornikami z Potosi. Troche sie poroznilismy, bo kolega Izraelczyk chcial okazac gest za swoich rodakow, ktorzy w calej Ameryce Poludniowej slyna z targowania sie o kazdy grosz, zwlaszcza w najtanszej Boliwii. Nie mowie ze to zle, my tez scibolimy, ale nie na miejscu sa kazania w jego wykonaniu. Mysle, ze od napiwku bardziej Santosowi zalezy na tym, zeby go polecac kolejnym turystom, co niniejszym robimy: Salary zwiedzajcie z Los Salares z Tupizy (zwlaszcza jak nie chcecie ugrzeznac wsrod uchachanych Angoli)! Wycieczke mozna kupic bezposrednio u nich albo w hostelach: Arraya albo La Torre (ale, ciekawostka, w tym drugim pobieraja 5 dolarow prowizji).
Na marginesie mowiac, Santos- wlasciciel firmy (bo nas obwozil jego imiennik) to ten sam drobny czlowieczek, ktory nas na ulicy nagabywal, wiec nie ma co popadac w przesadna nieufnosc. Mimo trwajacych strajkow transportowcow (ktore sa w Boliwii norma), udalo nam sie dostac bilet na autobus do Potosi. Mimo klamliwych obietnic (znamy to z poprzedniej wizyty w Boliwii), nie bedzie pewnie ogrzewania, wiec opatulimy sie szczelnie spiworami. Autobus odjezdza o 18.30, a dojezdza o polnocy (sic!) ale do rana mozemy w nim spac. Dziwne zwyczaje, ale pozniejszego nie ma. To lecimy sie ladowac. Papa.

2 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Opis bylby do zniesienia, gdyby byly zdjecia, a tak coz...:), pozdro z Konstancina

5/17/2006 3:07 PM  
Anonymous Anonimowy said...

Dzieki za ciekawe informacje

12/22/2009 12:58 AM  

Prześlij komentarz

<< Home