The Moose Do America (South!)

Nasze tułaczki po Ameryce od jej południowej strony / Our American dream... well our southern American dream ;)

Moje zdjęcie
Nazwa:
Lokalizacja: Anywhere in South America

niedziela, kwietnia 30, 2006

Koniec swiata...? Chyba nie.. / The end of the world... ? I dont think so!




























Ushuaia okazala sie malym i sympatycznym miasteczkiem, choc oczywiscie, jak cala Patagonia dosc drogim. Nie udalo nam sie znalezc hosta w internecie na te noc, ale jeden z lokalnych gospodarzy obiecal przenocowac nas jutro. Poniewaz i tak byl wieczor, zwiedzanie moglismy rozpoczac dopiero nastepnego dnia. Co gorsza, okazalo sie, ze autobusy powrotne do Rio Gallegos jezdza tylko co dwa dni, chociaz przyjezdzaja tu co dnia. Co drugi ginie na miejscu, czy jak? Pingwiny szmugluja je na Antarktyde? Do dzis nurtuje mnie to pytanie… NAstepny bus jedzie jutro rano, wiec pojedziemy stad najwczesniej po-pojutrze. Uhhh, trudno.
Znaleziony hostel okazal sie niedrogi, a poniewaz cena obejmowala internet na miejscu i sniadanie, nie wahalismy sie. Malo luda, niski sezon, wiec dostalismy 4osobowa sale tylko dla siebie. Huha! Gdyby nie ten zzzziab na zewnatrz. Nasze zale ukoila pyszna kolacja w pobliskiej knajpce i oczywiscie butla zacnego winka za 5 zl. (naprawde bylo dobre!)

Nastepnego dnia powloczylismy sie po miescie, cykajac jak szaleni fotki otaczajacych miasto osniezonych szczytow. Maja tylko 1500 m wysokosci, ale sa nad samym morzem, wiec wrazenie jest dosc mocne! Z wycieczki do pobliskiego lodowca zrezygnowalismy z dwoch powodow, z lenistwa, bo zepsuty byl wyciag, ktory skracal dwugodzinna wspinaczke, oraz ze zblazowania, bo okazalo sie, ze do giganta Moreno, ktorego fotki sa w poprzednim wpisie, duuuuzo mu brakuje. A zatem kolejne lodowce moze za rok... Z wizyty w Muzeum Wieziennictwa (Ushuaia byla kiedys kolonia karna!!! Brrr!) zrezygnowalismy z powodow finansowych – zazyczyli sobie 30 zl za wstep, korzystajac z tego, ze to jedyne muzeum w miescie. Hehe. Nie podarowalismy sobie za to rejsu po kanale Beagle, najtanszy statek jaki znalezlismy to starenka Barracuda, z 30letnia tradycja w biznesie. Statek byl mocno klimatyczny, przewodniczka urodziwa, napotkane lwy morskie zwinne ale i smierdzace, a kormorany siedzialy sobie na skalach totalnie nas swymi czerwonymi oczkami olewajac. WIdzielismy tez Latarnie z Konca Swiata, znana podobno czytelnikom Verne a (pierwsze slysze) a potem dowiedzielismy sie, ze to nie ta, bo Verne sie pomylil a ta wlasciwa lezy na jakiejs wyspie. Mala strata, krotki zal.
Po powrocie spladrowalismy sklepy z pamiatkami, pocykalismy troche zdjec i ruszylismy do domu naszego gospodarza, zaopatrzeni w prowiant do przygotowania pierwszej od wiekow DOMOWEJ KOLACJI. Gospodarz, Daniel, okazal sie milym czlowiekiem w wieku lat ok. 40, ktory jednak jak wielu ludzi na tym przemilym kontynencie cierpial na szajbe socjalistyczno-anarchstyczna, z filmowa biografia Fidela na polce i te klimaty. A wiec musielismy wysluchac troche o tym, ze kapitalizm jest be, ze konsumeryzm jest be, i jak ten wyscig szczurow czlowieka wyniszcza. A w Afryce tubylcy pracuja godzine dziennie i sa szczesliwi, chociaz nic nie maja! Tak to jest, jak sie mialo Stany w charakterze Wielkiego Brata. Z braku innych opcji, czlowiek czerwienieje. Mozna im tylko pozadroscic, ze nie przekonanali sie z bliska jak smakuje to co podziwiaja. Coz, sam Daniel tez sie szarancza nie zywi, ale nie polemizowalismy. Lubi zimno, i przeprowadzil sie tu z goracej polnocy kraju, za to go szanuje, choc nie rozumiem. Potem Daniel poszedl na kurs salsy i przyprowadzil jeszcze jednego kompana do pogadanki swiatopogladowej, wiec zrobilo sie goraco. W odwecie zaserwowalismy im Asina zupe z dyni, wiec musieli sie zamknac i falszywie chwalic ("Pycha, ale wiesz, my nie jestesmy przyzwyczajeni do jedzenia warzyw").
Perspektywy byly nieciekawe, na szczescie okazalo sie, ze dostalismy bilet na jutrzejszy samolot do Rio Gallegos, wiec nie musimy tu kiblowac jeszcze jednego dnia. Samolot byl raptem 30 zl drozszy od autobusu, wiec dobra nasza..
Nastepnego dnia pozegnalismy sie wylewnie z gospodarzem i ruszylismy na lotnisko. Pod lotniskiem byly dobre widoczki na gory przy wschodzacym sloncu, wiec o malo nie spoznilem sie na samolot zapamietale je fotografujac. Z samolotu widoki na Andes Fueguinos byly jeszcze zacniejsze, zobaczycie jutro, jak beda fotki!!!
W Rio Gallegos spedzilismy kilka godzin w kafejce, w biegu spotkalismy sie z Monika odbierajac od niej pozostawiona przez Asie ostatnim razem czapke i popedzilismy na popoludniowy autobus do Perito Moreno (miasteczko o tej nazwie lezy jakies 600 km na polnoc od swojego imiennika, lodowca, wiec lepiej ich nie pomylic!) gdzie nastepnego dnia rano mial na nas oczekiwac facet z agencji, majacy zabrac nas do Jaskini Raczek (Cueva de las Manos), zawierajacej prehistoryczne rysunki, z ktorych najstarsze sprzed 9 tys lat! Podniecenie rosnie, ale o reszcie dowiecie sie dopiero jutro, bo inaczej zaraz spieprzy mi bus do San Augustin, gdzie mamy zwiedzac parki narodowe Ischigualasto i Talampaya (to dopiero za kilka postow), a wtedy bede naprawde ZLY i i tak pisania beda nici, nie mowiac juz o tym, co zrobi ze mna Asia!
Na zrazie!

Ushuaia turned out to be a sweet little town, although a bit expensive, like all of Patagonia. We didn’t find online any host for this night, but one of local hosts promised to put us up the next day. Because it was evening anyway, we cold not start visiting until the next day. Worse, the buses back to Rio Gallegos only leave every other day, although they arrive here daily. One in two goes missing or what? Gets smuggled to Antarctica by the penguins? I keep wondering … The next bus leaves tomorrow morning so we can leave three days from now at the earliest. Can’t help it.
The hostel we found was quite cheap and the price included Internet access and a breakfast so we didn´t think twice. Not many guests there, due to low season, so we got a 4-person dorm just for ourselves. Cool! But what about this freezing brrrrrrreeze outside? We were comforted by a delicious supper in a nearby joint and of course the traditional less than 2 dollar wine bottle (it was really good!)

Next day we strolled around town, taking loads of pics of snow peaks around us. They are just 1500 m high but they are almost right on the sea shore so you do get impressed! We opted out of taking a trip to the nearby glacier for two reasons: we were too lazy as the chairlift to spare us the 2 hour hike was out of service, and too blaze because it turned out the local glacier is no match to the ice giant Perito Moreno, whose photos you can see in the previous entry. So next glaciers will wait till next year... We didn´t go to the Prison Museum (Ushuaia used to be a penal colony!!!) because of the dough – they charge 10 bucks just because it´s one of the two only museums in town. But we did take the boat ride on the Beagle Channel, the cheapest boat we found was an old Barracuda, with 30 years of experience in the business (and the one that pioneered these trips). The boat was really stylish, the cruise attendant cute and the sea lions we met were both nimble and smelly, and the cormorants were sitting on the rocks, completely ignoring us, with their red eyes. We saw the Lighthouse at the End of the World, allegedly known to Jules Verne´s readers (never heard of) and then we learnt that it’s not this one because Verne was wrong and the right one is somewhere else, on an island. Whatever.
Coming back to town, we pillaged souvenir shops, took some pictures and went to our host’s home, with lavish supplies to make our first real HOMEMADE SUPPER in weeks. Our host, Daniel, turned out to be a kind man in his 40-thies, who, like many people on this great continent has a penchant for leftist theories, Fidel’s filmed biography on the shelf and all that. Well, if you have USA as the Big Brother, you turn red, for lack of choices. We can only envy them not getting to know better what they admire. So our chat was mostly about bad sides of capitalism, consumerism and rat race and how it all wears you down, while in Africa tribesmen only work an hour a day and they are happy even though they have nothing. Well, let’s not be narrow-minded. Daniel likes the cold so he moved here from the hot north so we respect him for that, tough guy, although don’t quite get it . Then, Daniel left for a salsa lesson and came back with another comrade for the talk so it got hot. We had our revenge serving Aska’s pumpkin soup, so they had to stop talking and pretend they like it (“It’s delicious! But you know, we’re not really used to eating vegetables”).
Transport prospects were bad, but luckily we got two tickets for tomorrow’s flight to Rio Gallegos, so we didn’t have stay another day there in vain. The plane is only 10 bucks more expensive than the bus so we’re good..
Next day we kiss our host goodbye and head to the airport. There were pretty good sights of the mountains at sunrise so I almost missed the flight taking the shots. But the view of Andes Fueguinos from the plane was way better, you’ll see at the photos!!!
We spent a couple of hours in Rio Gallegos, then briefly met with Monica to pick up Aska’s woolen hat that she left behind and we ran after the bus to Perito Moreno (the town 700km away from Perito Moreno glacier so don’t get them confused!), where we were supposed to be picked up by a guy from the travel agent’s to take us to the Cave of the Hands (Cueva de las Manos) featuring prehistoric rock paintings, some of them 9 thousand years old! The temperature is rising, but to learn more, stay tuned for tomorrow’s report or I’ll miss the bus to San Augustin where we’re visiting national parks Ischigualasto and Talampaya (that’ll be some entries later), and then I’ll be really MAD, not to mention what Aska will do to me!
Cheers!