The Moose Do America (South!)

Nasze tułaczki po Ameryce od jej południowej strony / Our American dream... well our southern American dream ;)

Moje zdjęcie
Nazwa:
Lokalizacja: Anywhere in South America

czwartek, grudnia 15, 2005

Nowe nowosci od Los(c)i / Newest newses from the mooses (meese?)


Lokalni kowboje.


Woltyzerka w parku.




My pod palma.


Zebron - krzyzowka konia z zebra :))


Uliczny chlopaczek-sprzedawca zongluje towarem :)


Slumsy w Caracas



Balwan - symbol uniwersalny, mimo braku sniegu w promieniu kilku tys. km :))




Duzo sie ostatnio nie zdarzylo. Siedzimy plackiem i byczymy sie nad basenem, a mnie az nosi. Wczoraj Parque Nacional de Jakastamcultura. Ni to zoo, ni to cyrk, ni to lunapark. Popisy tresowanych koz, psow i kur, wyscigi swin, smierdzi lajnem, muchy lataja :) Woltyzerka zrobila na mnie duze wrazenie, postaram sie dac fotki. Ogolnie familijne rozrywki, dobre jako wstep przed prawdziwa poniewierka po bezdrozach :)
Ciekawa sprawa: w kazdym miasteczku, do ktorego wjezdzamy natchmiast znikad pojawia sie garsc chlopaczkow na malych BMXach, ktorzy pedza kolo nas jak wariaci krzyczac przez otwarte okno (to nasza klima :): Pokazac droge, pokazac droge? Znalezc sie w tych cholernych miastach nie jest latwo, sa rozlazle jak amerykanskie, miliony identycznych uliczek i parterowych domkow. Zar wali z nieba, wiec czasem te chlopaczki sie przydaja. Potem daje im sie przez okno drobniaki i zmiataja szczesliwi. Ciekawa obserwacja: do takich chlopaczkow Luis mowi per ¨mono¨ (malpa). Hmmm... ciekawa pieszczota slowna. Na kazdym skrzyzowaniu pelno ludzi zwanych "semáforo", czyli cos jak "swiatla na skrzyzowaniu". Faktycznie stoja nieruchomo i prezentuja swoje towary. Kielbachy, wafle, lusterka, zapalniczki, ladowarki. Od jednego nabywamy wlasnie ladowary do telefonow. Fajnie.

Jakis facet w hotelu pyta sie: Do you mister? Nie rozumiem go. Pyta dalej: Do you? i usmiecha sie dziwnie. Hmmm... puede explicar? On chce wiedziec, czy jestem Jankesem. Nie nie jestem. Z Polski. Usmiecha sie szeroko i podaje reke. Wieczorem przy kolacji mowi mi Goodnight (jak polskie dobranoc) wzorem tutejszego buenas noches (dobry wieczor). Czemu chce, zebym poszedl juz spac? :)))
Przy okazji zaczynam sie zastanawiac, jak oni kumaja, ze trzeba juz zamiast buenos días (dzien dobry rano) mowic buenas tardes (dzien dobry po poludniu). Chyba wyznacznikiem jest godz. 12:00 ale podziwiam ich koordynacje z zegarem biologicznym :))
Zaczyna cknic sie ryz. Tesknimy za dobra herbata. Moze dalej :) Mieso nadal wysmienite, a tortille zamiast chlebka wciaz doskonale smakuja.

Dzis jedziemy zjezdzac na jakichs lianach w pobliskiej sztucznej dzungli :)) Mam nadzieje, ze zdam relacje po powrocie, jesli przezyje w calosc :))

Z ostatniej chwili: kupilismy karte do telefonu, cos jak pop, bez abonamentu. Jezu jakie skomplikowane. Trzeba bylo miec lokalny dowod, wiec musial to zrobic Luis. Potem wypelnic wniosek, podpisac tysiac papierow, wkleic zdjecie (o dziwo mial), potem cos faksowali, sprawdzali czy jego dowod nie kradziony. Wow! Ale sie zabezpieczaja. Zacznie dzialac za 4 dni ufff... Chyba sporo lokalnych narcos z tego korzysta :)) Dzieki Bogu ZA Luisa.


Not a lot happened since last time. We lay about and bask in the sun at the pool. Im full of expendable energy. Yesterday we went to a Parque Nacional de Whatsitcalledcultura. Neither z oo, nor a circus nor a theme park. Trained goats, dogs and hens playing tricks, swine racing, manure stench, flies buzzing all over. Horseback riding tricks made a lasting impression though, I´ll try to post a few pics. They have some real stuff cowboys here and it shows in their tradition. Generally good clean family fun, a nice foreplay for the roughing-it middle-of-nowhere escapades to come.
A curious phenomenon. In every little town we drive to suddenly a handful of small boys appear riding those little BMX bikes, speeding like crazy and shouting through our open windows (our state of the art A/C apparatus :) "Want us to show you the way around, mister?". Its not easy finding your way around here. City sprawl is omnipresent, much like in the US. Myriads of identical alleys with identical one-story houses. Sun beating down like crazy so these bicycle guides are actually pretty handy. Then you throw some change and off they go, happy as ever. A curious thing: Luis addresses them by "mono" (monkey). Hmmm a nice term of endearment, isn´t it? Every junction is full of people called semáforos (traffic lights). There they are, immobile, but by no way silent. Selling everything and anything. Sausage, sweets, lighters, chargers. Right, we buy two chargers, which is reallly convenient now. Luis addresses them per "jefe" (chief).
Another observation: the road from Bogota was full of toll plazas. 3 bucks here, 4 bucks there. A hefty amount altogether.. But that isnt a proper expressway or a pike. Its just a regular highway, one lane in each direction, leading through thousands of small towns, villages, stores, roadside restaurants etc. Speed limits sometimes as low as 30 km/h. Up to 70 km/h maximum. Full of potholes. Why the freaking toll plazas? Well, other roads are even worse and these are maintained by a private company. There u go. We have a lot to learn.
Colombians overtake like crazy. Curve, no curve, line, no line, hill no hill, precipice no precipice. We´re being overtaken even by buses. These people are seriously loco. But no single accident. Im sure there are a lot less than in Poland. Phew, just a way of living, señor.

A guy at the hotel asks me: Do you mister? I fail to grasp the concept. He repeats, smiling in a peculiar way. Are you mister? Err... me puede explicar?, goes my broken Spanish. He wants to know if Im a Yank. I say no, Polish. He grins at me and shakes my hand energetically. At the dinner last night he says goodnight (they say buenas noches but its a regular greeting not a phrase you use before going to sleep). Why does want me off to bed? :)
Getting tired of rice. Missing good tea. Only coffee and choco here. Maybe later. Meat still excellent, tortillas instead of bread still taste great.
Today were going for a liana-sliding experience in a nearby artificial jungle :) Lets hope the author survives to give a full account of the details.

1 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Panie Łukaszu, 20 str. na poniedziałek dla Siemensa, da radę?

12/15/2005 4:27 PM  

Prześlij komentarz

<< Home